ENG                          

EVEREST

Na grudniowym spotkaniu w Klubie Kulturalnego Podróżnika w Sporteum – nasz zaprzyjaźniony sąsiad z Tarchomina – Andrzej, opowiadał o wyjeździe do Nepalu.

everestbcp_sporteum_07everestbc_sporteum_17

Był to wyjazd klubowy, czyli ludzi, którzy już brali udział w wyprawach, znają się, bez udziału nowych uczestników, którzy tylko wykupili sobie wyjazd.
Spotkaliśmy się w Kathmandu: troje Polaków i dwoje Litwinów. Naszym głównym celem był trekking do bazy wypraw pod Mount Everestem. Następnego dnia polecieliśmy małym samolocikiem do Lukli, wioski, skąd zaczyna się każda z wypraw na ośmiotysięczniki znajdujące się w rejonie Parku Narodowego Sagarmatha. Tam zaczyna się również każdy trekking do bazy pod Everestem i Lhotse, Cho Oyu lub na inne, niższe szczyty. Droga do bazy prowadzi doliną Khumbu, wędrówka trwa ponad tydzień; w międzyczasie powinien być przynajmniej jeden dzień przerwy dla lepszej aklimatyzacji. Po drodze w małych wioskach znajdują się hoteliki lodge– im wyżej tym skromniejsze i gorzej wyposażone. Dlatego nasze bagaże były zdecydowanie mniejsze niż przy podejściu pod Kilimanjaro; nie potrzebne były namioty, zapasy żywności, sprzęt do gotowania. Duże bagaże trakkersów, a także całe zaopatrzenie wiosek i hotelików są transportowane przez tragarzy i przez karawany jaków. Szlak cieszy się dużą popularnością i jest dobrze utrzymany. Nie dawno minęło pół wieku od pierwszego wejścia Hillarego i Tenzinga, co zaowocowało remontami ścieżek, inwestycjami w turystykę, ale również budową szkół. Jeden z noclegów wypadał w przepięknie położonym Namcze Bazar – węźle szlaków, centrum handlowym i turystycznym. Następnego dnia zwiedzaliśmy klasztor buddyjski. Przechodziliśmy wielokrotnie ponad głęboką doliną przez wiszące mosty. W jednej z wiosek – Pheriche – znajduje się postument z wyrytymi nazwiskami tych, którzy zostali w tych górach na zawsze, którzy, jak Jerzy Kukuczka, modlili się „od śmierci w dolinach chroń nas Panie”. Dolina stała się wreszcie bardziej rozległa, a na horyzoncie pojawiły się ośnieżone szczyty, wśród nich, na wyciągnięcie ręki Mount Everest. Ostatnia wioska, w której nocowaliśmy to Gorak Shep położona na wysokości 5150 m npm. Stąd zrobiliśmy wypad do Everest Base Camp, a także, następnego dnia na pobliski wierzchołek Kala Patthar (5550 m), skąd roztacza się przepiękna panorama na najwyższe szczyty Himalajów. Widoki zapierają dech w piersiach. Dolinami „płyną” najpotężniejsze na świecie lodowce. To prawda, że piękniejsze od gór są tylko… góry. Z tego miejsca, do którego dotarliśmy z niemałym wysiłkiem, dla prawdziwych wypraw przygoda dopiero się zaczyna. Żmudne zakładanie kolejnych obozów, stopniowa aklimatyzacja na coraz to większych wysokościach, wynoszenie sprzętu i żywności, aż w końcu atak szczytowy.
Powrót do Lukli, skąd odlatywaliśmy do Kathmandu, trwał już krócej i był mniej męczący. Lotnisko w Lukli położone jest na, w miarę płaskim, fragmencie doliny; za jednym krańcem pasa startowego jest stromy uskok, za drugim – strome zbocze. Wszelkie operacje lotnicze wymagają niemałego kunsztu. Po wylądowaniu pilot nie wyłącza nawet silnika; pasażerowie szybko wysiadają, a ich bagaże są wyładowywane, czekający już następni pasażerowie wsiadają, ich bagaże są ładowane i po niespełna pięciu minutach samolot startuje. Nie tankuje się paliwa, bo go tu po prostu nie ma.
Kilka dni, które zostały nam jeszcze do powrotu do kraju poświęciliśmy na zwiedzanie stolicy. Wieczorem zostaliśmy zaproszeni przez agencję organizującą nasz trekking do restauracji, gdzie oprócz skosztowania miejscowych potraw podziwialiśmy popisy tancerzy.

Po drodze spotykaliśmy wyprawy, których celem były ośmiotysięczniki, ale himalaiści nie patrzyli na nas z pogardą. Spotkaliśmy też wycieczki ludzi słabszych od nas i mniej sprawnych. Też nie okazywaliśmy im swojej wyższości. Oni, tak jak i my, chcieli chociaż z daleka zobaczyć swoje marzenia.
W tych i w innych górach świata, każdy znajduje coś dla siebie. Trzeba pokonać trudności: rozrzedzone powietrze na dużej wysokości, surowy klimat, spartańskie warunki; trzeba wreszcie pokonać własną słabość. Bo każdy ma swój własny Everest.

Andrzej