KILIMANJARO

Na czerwcowym spotkaniu w Klubie Kulturalnego Podróżnika w Sporteum Andrzej – nasz zaprzyjaźniony sąsiad z Tarchomina – opowiadał o wyjeździe do Tanzanii. Wspomnienia były ilustrowane setkami zdjęć i krótkimi filmami.
Wyprawa na „dach Afryki” leży w zasięgu możliwości średnio sprawnego turysty. Trudności techniczne nie przewyższają, tych na drodze na Kasprowy Wierch. Zmierzyć się trzeba, oczywiście, z o wiele większą wysokością i odległością od podnóża do szczytu.

Sporteum_klub_podróżnika_kilimandzaro1(1) kilimanjaro2

Do Tanzanii można lecieć bezpośrednio lub przez Kenię; samodzielnie lub dołączyć do wyprawy organizowanej przez klub zajmujący się czymś więcej niż wycieczkami objazdowymi, ale jeszcze nie wyprawami na ośmiotysięczniki. Kluby te, łatwe do znalezienia przez Internet, oferują zazwyczaj oprócz organizacji wejścia na Kilimanjaro, jeszcze dodatkowe atrakcje: „safari” w jednym z rezerwatów, wycieczkę do wioski i pobliskiego, malowniczego wodospadu a także na zakończenie kilkudniowy wypoczynek na Zanzibarze. Oni wiedzą kiedy jechać, aby nie trafić na porę deszczową, jaki ekwipunek ze sobą zabrać, dopilnują, żeby się zaszczepić na żółtą febrę.
Wejście do Parku Narodowego Kilimanjaro możliwe jest tylko z wynajętą ekipą: przewodnik, kucharz i tragarze; łącznie było ich dwukrotnie więcej niż nas. My podczas sześciodniowej wędrówki nieśliśmy w małym plecaczku jedynie aparat fotograficzny, termos i pelerynkę przeciwdeszczową. Wszelkie bagaże: namioty, stoliki, foteliki, śpiwory, sprzęt do gotowania, namiot-mesę, żywność i wreszcie nasze, duże plecaki nieśli tragarze. Oni również zajmowali się rozbijaniem wieczorem i zwijaniem rano obozowiska, przyrządzaniem posiłków, sprzątaniem i zmywaniem.

kilimanjaro 1 kilimanjaro_szczyt(1)

Dróg prowadzących na szczyt jest kilka. Najłatwiejsza jest Marangu Route nazywana pogardliwie coca-cola route. Jest najkrótsza, ale monotonna, zatłoczona i droższa ze względu na noclegi w prymitywnych schroniskach. My szliśmy Machama Route zwaną dumnie whisky route; dłuższą, ale przez to dającą możliwość lepszej aklimatyzacji, wymagającą większego wysiłku, przepiękną widokowo. Po czterech dniach wędrówki w otoczeniu cudownej przyrody: najpierw lasu tropikalnego, następnie bajkowych lobelii gigantycznych, aż wreszcie zanikających zielonych połonin odsłaniających jałową ziemię pokrytą czerwonym wulkanicznym żużlem, doszliśmy do ostatniego obozowiska. Codziennie pokonywaliśmy od kilku do kilkunastu kilometrów, i do tysiąca metrów w górę. Im wyżej, tym temperatura niższa i większe zmęczenie. Niekiedy, dla lepszej aklimatyzacji, aby nie dopuścić do jakichkolwiek symptomów choroby wysokościowej, warto było po nabraniu wysokości zejść na nocleg do niżej położonego obozowiska. Czwarta noc jest bardzo krótka, bo już po północy zaczyna się przygotowanie do wymarszu. To wielki dzień zdobywania szczytu, na wysokości 4 600 m już trudno o sen. a płucom dziwnie brakuje powietrza. Wychodzimy w nocy, świecąc sobie latarkami, aby mieć rezerwę czasu w razie załamania pogody, żeby zdążyć do obozu przed zmrokiem. Kilku tragarzy towarzyszy nam na wszelki wypadek, ale już bez ciężkich bagaży na plecach lub na głowie. Dobry przewodnik, obserwując możliwości prowadzonej grupy, tak dobiera czas wyjścia i tempo podejścia, aby osiągnąć koronę krateru, gdy słońce zaczyna się wyłaniać zza horyzontu nad Oceanem Indyjskim. Idziemy coraz wolniej, coraz częściej musimy odpoczywać. Do najwyższego punktu już jest blisko, a droga jest niezbyt stroma. Docieramy na szczyt o wysokości 5895 m, gdy jest już zupełnie jasno, słońce zaledwie wzeszło nad horyzontem. Nasze cienie widoczne są daleko na śniegu. Cień Kilimanjaro widać setki kilometrów na zachód na tle chmur nad Kongo. Te widoki wynagradzają trud podejścia. Przez godzinę cieszymy się, robimy zdjęcia, wspominamy przyjaciół, wznosimy toast herbatą. Teraz droga prowadzi tylko w dół. Trzeba uważać, bo zmęczone nogi odmawiają posłuszeństwa, ale oddycha się coraz łatwiej. Po pięciu godzinach zejścia docieramy do obozu skrajnie wyczerpani, bez słowa wsuwamy się do śpiworów i zasypiamy. Tego samego popołudnia schodzimy jeszcze niżej, na wysokość, na której organizm będzie mógł się zregenerować. Rankiem, po śniadaniu, na ostatnim biwaku, ekipa gratuluje nam i dziękuje, nagradza nas śpiewem i afrykańskim tańcem. My odwdzięczamy się im sowitymi napiwkami.

Mamy dzień odpoczynku; świętujemy sukces; na wieczornej biesiadzie otrzymujemy certyfikaty wejścia podpisane przez przewodnika i dyrektora parku. Rano jedziemy zwiedzać wodospad Materuni i wioskę, gdzie przewodnik pokazuje nam ze szczegółami proces łuskania ziaren kawy, prażenia i ubijania na proszek w wydrążonym pniu. Później częstuje nas piwem wyprodukowanym z bananów. Do wodospadu i wioski idzie się przez gaje bananowców i eukaliptusów. Tutejsi ludzie są ubodzy, ale bardzo przyjaźni i sympatyczni.
Następnego dnia jedziemy na „safari” do rezerwatu Ngorongoro – jednego z najpiękniejszych obok Serengeti czy Maasai Mara – wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa. Na zapadniętym dnie krateru o powierzchni naszego województwa, żyje tysiące zwierząt niemal wszystkich gatunków zamieszkujących Afrykę Wschodnią.
Samochodami terenowymi z podnoszonym dachem poruszamy się powoli bezdrożami parku wypatrując wielkiej piątki: słonia, nosorożca, bawoła, lwa i lamparta. Nasz kierowca-przewodnik wiedział, gdzie ich szukać. Oprócz nich podpatrujemy niezliczone stada antylop, zebr, flamingów, a nawet naszych bocianów powoli szykujących się do powrotu. Zauważyliśmy przemykające szakale i hieny; w jeziorku pławiły się hipopotamy. Żałowaliśmy, że nie zafundowaliśmy sobie kilkudniowego pobytu z piknikiem i noclegiem w obozowisku otoczonym zeribą.
Po tylu wrażeniach część uczestników wyprawy poleciała wylegiwać się na rajskich plażach Zanzibaru. Ja i kilkoro z nas wracaliśmy już do Polski. Obowiązki wzywały. Tamci szczęśliwcy pokazywali nam potem, na po-wyprawowym spotkaniu, zdjęcia i opowiadali o rejsie na maleńką wysepkę, nurkowaniu przy rafie koralowej, połowie egzotycznych ryb, o zwiedzaniu pałacu sułtańskiego.

Andrzej